przez Madi » sobota, 29 grudnia 2012, 18:15
Oto jak towarzystwa ubezpieczeniowe gospodarują powierzonymi im pieniędzmi. Nasz czytelnik przez trzy lata wpłacił na polisę posagową córki 18 tys. zł. Towarzystwo, siłami najlepszych fachowców od inwestycji finansowych, środki te miało pomnażać. I pomnożyło. Po czterech latach ów 18-tysięczny kapitał zarządzany przez specjalistów przyniósł aż 244 zł zysku. Trudno o gorszą inwestycję finansową. Nawet przy obecnym, zbójecko zaniżanym przez banki, oprocentowaniu rocznych wkładów, które wynosi najwyżej ok. 7%, owe 18 tys. zł przyniosłoby po trzech latach 3241 zł czystego zysku (po odliczeniu podatku). Obywatel, który tak niefortunnie zatroszczył się o los potomstwa, musi brnąć dalej. Towarzystwo wyliczyło bowiem, że jeśli rozwiąże umowę, dostanie z powrotem niespełna 20% wpłaconej sumy.
Ów rodzic i tak ma szczęście. Inny pechowiec, który zawarł polisę na życie, mającą także element inwestycyjny (czyli ubezpieczyciel miał inwestować część jego składki, by, naturalnie, ją mnożyć), w ciągu czterech lat zdążył wpłacić 8 tys. zł. Ale jego oszczędności w wyniku działań firmy ubezpieczeniowej stopniały do ok. 3,9 tys. zł. Kolejny nieszczęśnik wykupił 20-letnią polisę emerytalną, przez trzy lata płacił 150 zł miesięcznie. Gdy dowiedział się, że na koncie ma ok. 30% wpłaconej sumy, zdesperowany rozwiązał umowę. Dostał 980 zł. Podobnych przykładów można podać setki tysięcy, bo niemal każde towarzystwo ubezpieczeniowe w Polsce bezwzględnie łupi swoich klientów.
- Nie liczy się dobro ubezpieczonego, lecz wyłącznie maksymalizacja zysku. Firmy ubezpieczeniowe prowadzą w Polsce rabunkową gospodarkę i stosują zasadę zbierania wszelkimi sposobami jak największych składek, a wypłacania jak najmniej. Z premedytacją wciskają klientom kit. Teraz ludziom, którym wciśnięto ubezpieczeniowe buble, otworzyły się oczy i zachwiane zostało zaufanie do całego rynku ubezpieczeniowego - twierdzi prof. Romuald Holly, dyrektor Krajowego Instytutu Ubezpieczeń.
Skutek - coraz więcej zawiedzionych klientów rezygnuje z indywidualnego ubezpieczenia na życie z funduszem inwestycyjnym. W 2001 r. liczba anulowanych polis wzrosła prawie czterokrotnie (patrz tabela). Można zaś szacować, że polis martwych, na które ludzie przestali wpłacać składki, nie rozwiązując jednak formalnie umowy, jest ponad półtora miliona.
- Ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym były w Polsce szlagierem. W innych państwach nie zdobyły takiej popularności. U nas jednak prowadzono działania niemal zbrodnicze, mówiąc ludziom, że ubezpieczenie na życie z funduszem inwestycyjnym to co najmniej to samo co lokata bankowa albo i lepiej - dodaje Andrzej Mikusz z Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych.
W biurze Rzecznika Ubezpieczonych przybywa listów od rozczarowanych, niekiedy zrozpaczonych ludzi skarżących się, że zostali oszukani przez ubezpieczycieli.
Parę pierwszych z brzegu przykładów: cztery lata oszczędzania z polisą inwestycyjną. Efekt? Z 7547 zł wpłaconych składek zostało 3,5 tys. zł. Cztery i pół roku inwestowania - wpłacono 8310 zł, zostało - 3204 zł. Pięć lat inwestowania - suma 5707 zł stopniała do 3716 zł.
Z zimną krwią
Przedstawiciele branży ubezpieczeniowej nie mają sobie nic do zarzucenia. Oczywiste przecież, że muszą odciągać ze składek klientów rozmaite opłaty, z których finansowane jest funkcjonowanie firmy. Po 20, 30 latach zainwestowane środki być może przyniosą satysfakcjonujący dochód - ale trudno oczekiwać, by stało się to już po czterech, pięciu latach.
To, że pieniądze klientów topnieją, jest też spowodowane zahamowaniem rozwoju gospodarczego. W warunkach dekoniunktury trudno inwestować z zyskiem na rynkach finansowych. ING Nationale Nederlanden informuje np., że od września 2001 do września 2002 r. ich fundusz dynamiczny, lokujący środki w akcjach i krótkoterminowych papierach wartościowych, stracił 6,86% wartości. Tzw. fundusz \"klik\", zapewniający - jak zachwala ING - bezpieczeństwo ponad 90% kapitału, stracił zaś 3,35%. To i tak nic w porównaniu z Ergo Hestią Życie, której fundusz agresywny stracił w ub.r. 17,2%, czy z funduszem akcji Commercial Union (strata - 18,2%).
A mimo to firmy ubezpieczeniowe ustami swych agentów z zimną krwią obiecują złote góry, wprowadzając ludzi w błąd. Wiadomo, inwestowanie nie jest sztuką łatwą. Ale tracić każdy potrafi. Fachowcom od inwestowania finansowego powierza się zaś pieniądze po to, żeby i w gorszych warunkach potrafili zarabiać - tymczasem kompletnie tego nie umieją (przynajmniej jeśli chodzi o pieniądze klientów).
Jednak o własne dochody towarzystwa ubezpieczeniowe potrafią dbać bardzo dobrze. Opłat jest bowiem bez liku - administracyjna, manipulacyjna, za ryzyko, za zarządzanie, alokacyjna, akwizycyjna... Towarzystwa ubezpieczeniowe stosują tu najrozmaitsze nazwy, nie informując swych klientów o wszystkich rodzajach \"tytułów płatniczych\" i łącznej ich wysokości. - My nie jesteśmy przecież ZUS-em, pomocą społeczną czy instytucją charytatywną, mamy wypracować zyski dla naszych akcjonariuszy - mówi Ryszard Karpowicz, wiceprezes Gerling Życie.
Towarzystwa dobrze wiedzą, że klienci, którzy pojmą, jak bardzo są naciągani, będą protestować i próbować rozwiązywania umów. Dlatego więc anulowanie polisy wiążą z wysokimi potrąceniami (tzw. opłata likwidacyjna). Ten, kto rezygnuje z polisy po dwóch latach, z reguły nie dostanie ani grosza z tego, co zainwestował. Później - też niewiele.
Nigdy w życiu
A mimo to ludzi przerażonych tym, jak z ich kapitałami postępują firmy ubezpieczeniowe, i pragnących rezygnować, wciąż przybywa. Zdaniem Andrzeja Wojtyńskiego, prezesa Gerling Polska, rozmiary zjawiska wycofywania się z umów nie są do końca znane. Towarzystwa ubezpieczeniowe bardzo niechętnie ujawniają takie dane i możliwie jak najpóźniej uznają polisy za zamknięte.
\"Przegląd\" dotarł jednak do liczb mówiących, z jakimi towarzystwami rozstajemy się najczęściej (patrz tabela). Lider tej listy, Commercial Union, istotnie nie chwali się liczbą polis na życie anulowanych przez klientów. - Zasady informowania o naszej działalności nie przewidują podawania takich liczb - twierdzi Bohdan Białorucki, rzecznik firmy.
Jarosław Myjak, prezes całej grupy CU w Polsce, uważa, że sektor ubezpieczeń na życie oferujący zarządzanie oszczędnościami jak wszystkie dziedziny gospodarki odczuwa skutki spowolnienia wzrostu i bezrobocia. - Niektórzy klienci rezygnują z ubezpieczenia, bo sytuacja zmusza ich do sięgnięcia po długoterminowe oszczędności. To, że wobec kłopotów w gospodarce i na rynku pracy część klientów ogranicza inwestycje, nie tylko zgromadzone na rachunku polis na życie, jest zjawiskiem normalnym. Żywimy nadzieję, że klienci, których sytuacja zmusza teraz do rozwiązania umów, za pewien czas do nas wrócą - wyjaśnia prezes Myjak.
Czy rzeczywiście wrócą? Marek Nawracaj miał polisę przez pięć lat: - W tym czasie zainwestowałem w Commercial Union 14,7 tys. zł. Liczyłem, że dorobię sobie do emerytury. Gdy stwierdziłem, że pieniędzy nie przybywa, rozwiązałem umowę. Oddano mi 11,8 tys. zł. Gdybym te pieniądze ulokował w banku, miałbym dziś ponad 25 tys. zł. Nigdy nie powtórzę podobnego błędu.
- Czuję się oszukany. To, co mówią agenci, co napisano w ogólnych warunkach umów i rzeczywistość, to trzy różne rzeczy. Agent obiecuje kokosy, zaś ogólnych warunków umowy normalny człowiek nie jest w stanie zrozumieć. W Nationale Nederlanden wykupiłem polisę na życie (z sumą 45 tys. zł) mającą część inwestycyjną. Przez cztery lata zapłaciłem ponad 7,5 tys. zł. Gdy rozwiązałem umowę, oddali 3,7 tys. zł. To przerażające, co oni robią. Mimo długotrwałej korespondencji nikt mi nie wyjaśnił, jak obliczane są koszty towarzystwa. Gdybym w innej firmie ubezpieczeniowej wykupił zwykłą polisę na życie z sumą 45 tys. zł, przez te cztery lata zapłaciłbym tylko 1,6 tys. zł. Resztę sam mógłbym złożyć w banku lub przeznaczyć na zakup obligacji. Jestem takim frajerem, że aż strach - opowiada Michał Lang.
- Polisy z częścią inwestycyjną pojawiły się u nas w latach 90. Polacy słyszeli, że na Zachodzie polisa to majątek, oglądali kryminały, w których mordowano się dla ubezpieczenia, i uwierzyli, że to złoty interes. Ale na Zachodzie ludzie od stu lat stykają się z rozmaitymi produktami ubezpieczeniowymi, mają doświadczenie i potrafią ocenić, co jest dobre. U nas agenci działają wedle zasady \"byle sprzedać\", namawiają ludzi do podejmowania w ciągu kilku minut decyzji rodzących skutki przez 20-30 lat - mówi dyr. Krystyna Krawczyk z biura Rzecznika Ubezpieczonych.
Pojedziemy na łów
W dodatku opłaty pobierane od klientów przez towarzystwa ubezpieczeniowe w Polsce są znacznie wyższe niż w państwach Europy Zachodniej. Jak mówi prof. Holly, niektóre polisy mogą tu być nawet pięć razy droższe niż w USA. - Na rozwiniętych, zachodnich rynkach ubezpieczeniowych, gdzie są silne ruchy konsumenckie, takich produktów jak u nas po prostu się nie sprzedaje. W Polsce ciągle mamy greenfield, wolne tereny łowieckie - mówi Adam Sankowski, prezes Izby Pośredników Ubezpieczeniowych i Finansowych.
W porównaniu z liczbą anulowanych polis skarg do Rzecznika Ubezpieczonych napływa wciąż bardzo mało, to sam wierzchołek góry lodowej. Ubezpieczeni najczęściej nie wiedzą o istnieniu urzędu mającego ich chronić. A poza tym w tych sprawach rzecznik niewiele może pomóc. Oczywiście, sąd mógłby towarzystwu wymierzyć karę za naruszenie zapisów w polisie czy w ogólnych warunkach umów, ale rzecz w tym, że formalnie nie są one naruszane. - Te umowy nie mają takich wad prawnych, żeby można było skutecznie je zaskarżyć. Nad ich zapisami siedzieli przecież fachowcy. Jest w umowie czy w ogólnych warunkach sformułowanie, że towarzystwo pobiera opłaty? Jest. A że nigdzie nie napisano, w jakiej wysokości, nie można postawić zarzutu, iż są za wysokie. Jeśli towarzystwo ubezpieczeniowe pisze, że \"koszty ustali zarząd\", jest to świętą prawdą. W Unii Europejskiej obowiązuje dyrektywa określająca, jak muszą być sformułowane umowy ubezpieczeniowe, by należycie chroniły interesy klientów. U nas dopiero teraz rodzi się w bólach zapis w projekcie nowej ustawy o działalności ubezpieczeniowej mający przybliżać nas do tych standardów. Sejm pracuje nad projektem, ale firmy ubezpieczeniowe uważają te przepisy za nadmierne obciążenie, opór jest bardzo duży - uważa dyr. Krystyna Krawczyk.
Jeśli nawet klient przestudiuje ogólne warunki umowy, to po przebrnięciu przez skomplikowane sformułowania umieszczone na kilkudziesięciu stronach dowie się że \"suma ubezpieczenia może ulec redukcji do wysokości wskazanej przez towarzystwo\", \"wycena jednostek uczestnictwa jest dokonywana według zasad ustalonych przez towarzystwo\", \"za operację przeniesienia środków pomiędzy funduszami pobierana jest opłata ustalana przez towarzystwo\". Nie ma żadnych konkretów, z których wynikałoby, dlaczego opłaty pobierane przez towarzystwo są takie, a nie inne.
Po przebrnięciu przez ogólne warunki umowy będziemy zatem wiedzieć, że towarzystwo może zrobić z naszymi pieniędzmi, co mu się podoba, wedle reguł dowolnie przez siebie ustalanych. I od nikogo nie dowiemy się niczego więcej. Sylwia W., agentka towarzystwa Allianz, zapytana o to, jak oblicza się sumę, którą otrzymuje osoba anulująca polisę, mówi: - Otrzyma pan sumę odpowiadającą wartości jednostek uczestnictwa przeliczonej na złotówki w dniu rozwiązania umowy (\"jednostki uczestnictwa\" w języku towarzystw ubezpieczeniowych to \"części o równej wartości, na które podzielony jest każdy fundusz, czyli wydzielona część aktywów towarzystwa\" - przyp. aut.). Agentka nawet słowem nie wspomniała o opłatach, jakie z moich składek potrąci sobie ubezpieczyciel przy rozwiązywaniu umowy.
To zresztą normalne. Agenci nie wspominają o takich kwestiach przy namawianiu klientów do podpisywania umów. Przeciwnie, robią jak najbardziej zachęcające rachunki symulacyjne, zapowiadają duże zyski. I niewiele pomoże tu ostrożność.
Alicja M. chciała być ostrożna: - Wykupiłam w Metropolitan Life polisę zapewniającą i ubezpieczenie na wypadek śmierci, i pomnożenie pieniędzy powierzonych towarzystwu (ok. 55 tys. zł - oszczędności całego życia). Gdy agent zapewniał, że mój kapitał przynosić będzie ok. 350 zł miesięcznie, poleciłam na piśmie, by wypracowane każdego miesiąca zyski przelewano na moje konto bankowe. Rzeczywiście, pieniądze napływały. Kiedy jednak po kilku miesiącach sprawdziłam rozliczenia, okazało się, że towarzystwo przekazywało nie żadne zyski, których oczywiście nie było, lecz po prostu odpowiednią sumę pobraną z powierzonego mu kapitału. Oni wykonywali więc normalne zlecenie przelewu części moich pieniędzy. Po kilkunastu latach takiego \"mnożenia zysków\" te 55 tys. stopniałoby do zera - mówi. Alicja M. chce rozwiązać umowę, ale dowiedziała się, że towarzystwo ubezpieczeniowe zabierze jej wtedy 12% kapitału.
Ramię akwizycyjne
\"Środowisko agenturalne\" nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za nabieranie Polaków. - Agenci mówią tylko to, co im każe towarzystwo ubezpieczeniowe. To towarzystwa przygotowują te obłudne, absolutnie niewiarygodne rachunki symulacyjne przedstawiane przez agentów przyszłym klientom. Na prowadzonych przez towarzystwa szkoleniach dla agentów 93% czasu zajmują podstawowe techniki sprzedaży, a tylko 7% wiedza o produktach ubezpieczeniowych. Wszystko po to, by nakłonić ludzi do kupienia jak największej liczby polis - twierdzi Adam Sankowski.
- To były nie tyle szkolenia, ile tresura agentów. Oni są przecież ramieniem akwizycyjnym towarzystwa ubezpieczeniowego. Jeśli nie zapewniają napływu składki, natychmiast rozwiązuje się z nimi umowę. To twardy, brutalny biznes - dopowiada prof. Romuald Holly.
- Przecież agenci są od tego, żeby sprzedawać ubezpieczenia. Jeśli tego nie robią, to rozwiązuje się z nimi umowę - ripostuje Ryszard Bociong, prezes Commercial Union Polska-Towarzystwo Ubezpieczeń Ogólnych.
- Dlaczego w zawodzie agenta jest tak duża rotacja? Bo ludzie nie wytrzymują ciągłej presji szefów i nacisków na zwiększanie liczby nowych polis. Mówili mi: \"Ty nie masz myśleć, ty masz sprzedawać\" - opowiada jeden z agentów. - Ja miałam dość tego, co się dzieje, przez te oszustwa odeszłam od ubezpieczeń. Agenci sami nie są do końca zorientowani, co sprzedają, bo na szkoleniach rozmyślnie nie mówi się im wszystkiego - zwierza się Krystyna Gut, była agentka ubezpieczeniowa.
Zdaniem prof. Jana Monkiewicza, przewodniczącego KNUiFE, prawdą jest, że agenci nie informowali rzetelnie o specyfice polis ubezpieczeniowych z funduszem inwestycyjnym i robili wszystko, by zdobyć nowych klientów. Rozczarowanie wynikami jest więc duże. Ale na rezygnację z polis wpłynęła i sytuacja gospodarcza, wielu ludziom po prostu zaczęło brakować pieniędzy na opłacanie składek ubezpieczeniowych.
- Selekcja agentów była niedostateczna, towarzystwa ubezpieczeniowe nie przywiązywały do tego wagi. Agenci zaś sprzedawali polisy z częścią inwestycyjną osobom 60-letnim i starszym, nie mówiąc im, że mają minimalne szanse na zyski i po kilku latach zgromadzą bardzo niewielkie sumy. Sprawą oczywistą jest - i tego przestrzegamy - że klient musi być bardzo rzetelnie informowany o tym, jaką umowę zawiera - dodaje Bogusław Sosnowski, prezes towarzystwa FinLife.
Obiecują kokosy - wpuszczają w maliny
W 2001 r. polisy na życie miało 10 mln Polaków (z tego 4 mln polisy indywidualne). Roczna wysokość zebranych składek to 9260 mln zł, zaś wysokość wypłaconych odszkodowań - zaledwie 3312 mln zł. Zestawienie tych liczb dobrze pokazuje, jak gigantycznym interesem są w Polsce polisy na życie.
W ubezpieczeniach na życie następuje koncentracja zysków. Dziesięć najmocniejszych towarzystw zarobiło, 25 słabszych zanotowało straty. Generalnie jednak branża jest niesłychanie dochodowa. Łączny zysk z ubezpieczeń na życie w pierwszym półroczu br. wyniósł 333 mln zł - to aż o 166 mln więcej niż w pierwszej połowie 2001 r.
Ubezpieczyciele są oczywiście zainteresowani dalszym wzrostem sprzedaży polis z funduszem inwestycyjnym, bo dają one największe zyski. I choć coraz więcej takich polis zostaje anulowanych, ludzi chętnych do podpisywania nowych umów, świadomie wprowadzanych w błąd, wciąż niestety nie brakuje.